Article

National Geographic Traveler / Tuaregowie – władcy pustyni

Tuaregowie nazywają siebie Imohag, co oznacza “wolnych ludzi”. I o zachowanie wolności na największej pustyni świata – Saharze – walczą od ponad pół wieku.

Nawet około miliona tuareskich rebeliantów żyje na Saharze. Bojownicy są rozproszeni między Mali, Algierię, Libię i Niger. To właśnie w tym ostatnim w 2007 roku wybuchła rebelia Tuaregów, którzy zdecydowali się zbrojnie oprzeć destrukcyjnej polityce wydobycia uranu: nie mają udziału w zyskach a eskploatacja terenu niszczy pastwiska wielbłądów i zanieczyszcza wodę. To nie pierwszy bunt tego wojowniczego ludu – już kilkadziesiąt lat temu walczyli z polityką kolonialną Francuzów, i od tego czasu ich celem jest utworzenie własnego państwa pod nazwą Azawad.  To postulat, który pojawia się od czasu kiedy Imohag, “wolni ludzie” – jak sami siebie nazywają – zostali siłą rozdzieleni między państwa ustanowione wokół Sahary. I do dziś bronią swojej odrębności i koczowniczego trybu życia.

                      Tak było od kiedy pojawili się na pustyni. Nie wiadomo skąd pochodzą, ani kiedy przybyli na Saharę. Prawdopodobnie Tuaregowie są ludem berberyjskim, ale od innych grup tego pochodzenia wyróżnia ich wspólny język Tamaszek oraz obyczaje: choćby ten wedle którego to mężczyzna a nie kobieta zakrywa głowę, mimo, że większość nomadów wyznaje islam. Pewne jest, że karawany Tuaregów były najważniejszą dźwignią handlu transsaharyjskiego aż do połowy XX wieku. Dzięki trwającym tygodniami przeprawom cenne towary – sól, przyprawy i minerały – trafiały z najdalszych zakątków Sahary do oaz i centrów handlu, takich jak Agadez o którego świetności przypomina XVI-wieczny meczet. 

— Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa to karawana, opowiada fotograf Jean-Luc Manaud, który urodził się w tunezyjskiej oazie i spędził na pustyni ponad 20 lat. – Do dziś pamiętam ogromne dromadery obwieszone pakunkami, ozdoby przy siodłach, derki we wszyskich kolorach, ale przede wszystkim dumnych nomadów. Tuaregowie to prawdziwi władcy pustyni, wiedzą o niej wszystko.

Żeby przeżyć na pustyni trzeba trzymać się żelaznych reguł, bo – jak mówią Tuaregowie – śmierć jest zawsze w pobliżu. Dlatego nomadzi zawsze podróżują w grupie i co kilkadziesiąt kilometrów zmieniają wielbłądy. Zwierzęta nie piją ani nie jedzą przez cały dzień. Dopiero wieczorem przychodzi czas na odpoczynek, po 12-14 godzinach marszu w grzązkim piasku.

— Chwila tuż przez zachodem Słońca to magiczny moment na pustyni, opowiada Jean-Luc Manaud. – Nomadzi rozkładają na piasku wielobarwne koce, rozpalają ogień. Kiedy słońce zachodzi nad horyzontem niebo zmienia kolory co sekundę, wydmy zdają się ożywiać. Później w absolutnej ciszy pustyni rozlega się bębnienie i śpiew. I przychodzi czas na najważniejszy rytuał: parzenie herbaty. 

To hołd dla pustyni. W srebrnym czajniku powoli parzą się aromatyczne liście werbeny, kora cynamonu i kwiat róży, a powietrze wypełnia odurzająca mieszanka zapachów: dymu i przypraw, które mieszają się z ostrą wonią wilgotnej, pustynnej ziemi. – Według zwyczaju trzeba wypić trzy szklanki herbaty. – mówi fotograf, – Pierwsza, jak mówią Tuaregowie jest cierpka jak życie, druga jest słodka jak miłość, a trzecia łagodna jak śmierć. Tuaregowie rozumieją pustynię. Mam nadzieję, że nigdy nie będą musieli jej opuścić, kończy fotograf.