Article

National Geographic Traveler / Tatromaniak

Za każdym razem odkrywam je na nowo. I na pewno nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Bo wiem, że najlepsze zdjęcie Tatr dopiero przede mną.O swoich zdjęciach i miłości do Tatr opowiada Wiesław Kaluszka.

Jako artysta baletu z zespołem Mazowsze byłem na pięciu kontynentach. Po zejściu ze sceny wielokrotnie odwiedzałem Stany Zjednoczone i tamtejsze wspaniałe parki narodowe. Wstyd powiedzieć, ale w Tatry pierwszy raz pojechałem z córką dopiero w wieku 45 lat. Kupiliśmy od konika bilet na Kasprowy, poszliśmy nad Morskie Oko. Od pierwszego spojrzenia wiedziałem, że muszę wrócić. I wracam, kilka razy do roku, zawsze z aparatem w ręku.

W Dolinie Chochołowskiej krokusy wyrastały ze śniegu. Okolica tonęła we mgle, w pięknym świetle. Stoją tam stare szałasy – to zabytki tatrzańskie i na co dzień nikt ich nie używa. Kiedy mgła się rozeszła, wyglądało, jakby dachy dymiły, tymczasem to „dymiły” góry. Ulotne, ale piękne chwile. Można by tutaj nakręcić film, ja się cieszyłem, że mogę zrobić kilka zdjęć. Tego dnia chmury nadciągnęły od strony słowackiej, później już się całkiem zachmurzyło.

Przy ładnej pogodzie wejście na Szpiglasową Przełęcz ceprostradą, czyli łatwym szlakiem turystycznym, zajmuje wytrawnemu turyście około dwóch godzin. Ale nie w dniu, w którym w jedną noc spadnie kilkadziesiąt centymetrów śniegu. Szlak jest wtedy niebezpiecznie śliski, jednak chęć zobaczenia i sfotografowania takiego widoku jest nie do odparcia. Około godziny 18 można złapać ostatnie światło, a później z czołówką w całkowitej ciemności trzeba zejść na dół. Z plecakiem, aparatem i statywem. Ale warto! Dla każdej minuty słońca. Uwielbiam stać ze statywem i obserwować, jak zmienia się światło, odsłaniając zupełnie inne góry. Nie ma dwóch takich samych ujęć, każdy kadr jest inny. Właśnie kiedy pojawiają się chmury, fotografowanie ma sens.