Article

National Geographic Traveler / Oslo – Kultura w zgodzie z naturą

Znakomity dizajn i architektura, do tego mnóstwo zieleni. Nigdzie indziej kultura nie żyje w takiej symbiozie z naturą.

Nagrodą za każdy krok w drodze na wzgórze Ekeberg jest coraz piękniejszy widok. Wspinam się więc, a przebiegających obok mnie wielbicieli joggingu zbywam usprawiedliwiającą własne żółwie tempo myślą: „Norwegowie to przecież najbardziej wysportowany naród na świecie”.

Za sobą zostawiłam malutkie kolorowe domki najstarszej dzielnicy Oslo, Gamle Byn, która pamięta czasy, kiedy stolica Norwegii nosiła nazwę Christiania i była niewielkim portem, z którego w świat startowały łodzie wikingów. Przed sobą widzę Oslo przyszłości: ze wzgórza roztacza się widok na dzielnicę portową Bjørvika, której przemysłowy charakter zaczął się zmieniać w 2003 r. Od tego czasu na nabrzeżu wyrosło 13 nowoczesnych budynków w formie różnej wielkości czworoboków, wykonanych z odmiennych materiałów (stali, kolorowego szkła, białego marmuru, drewna), ale tworzących architektoniczną całość – niepowtarzalną niczym kod kreskowy, Barcode, jak nazwano projekt. Tuż obok wyróżnia się supernowoczesna bryła opery, nowego symbolu Oslo, której dach jest otwarty dla zwiedzających.

Dziś, kiedy słońce przygrzewa, na wszystkich poziomach budynku, które układają się w kamienne tarasy, turyści i miejscowi szukają punktu, gdzie najmocniej przygrzewa słońce i z którego najlepiej widać żaglówki kursujące między fiordami. W oddali majaczy skocznia narciarska Holmenkollen, ostateczne potwierdzenie norweskiej miłości do sportu.

Widok za milion koron

W tych malowniczych okolicznościach łatwo przeoczyć to, co dzieje się tuż przed moimi oczami. A dzieje się wiele – właśnie wyrosła przede mną Huldra, rzeźba z brązu wykonana przez norweskiego artystę Dyre Vaa (1903–1980). W soczystej zieleni drzew i między granitowymi skałami parku Ekeberg kryje się jeszcze 30 prawdziwych skarbów – to dzieła wielkich rzeźbiarzy, od Auguste’a Rodina, przez Louise Bourgeois, po Jamesa Turrella, które podarował miastu biznesmen Christian Ringnes. Intencją podarunku o łącznej wartości ponad 300 mln koron było uhonorowanie kobiet tego miasta, a także ożywienie ważnego historycznie terenu, w którym można znaleźć kamienie runiczne sprzed prawie tysiąca lat oraz niezwykły przykład perełki z początku XX w. – budynek projektu Larsa Becke­ra z 1927 r.

Dziś mieści się tam restauracja, w której robię sobie zasłużoną przerwę. Na szczęście trafiłam na porę lunchu, więc za wyłowionego prosto z Oslofjorden łososia z ziemniakami w koperku płacę „jedyne” 155 koron, prawie o połowę mniej niż w innych porach dnia. Tym razem nie oszczędzam – rozsiadam się na kanapie
i rozpływam w wygodnych poduszkach, obserwując mieniącą się w promieniach słońca zatokę.

Miasto przygód

Z tej perspektywy całe miasto wygląda jak sielska bajka, a jego mieszkańcy na najspokojniejszych ludzi na świecie. To jednak tylko pozory – już słynne sportowe wyczyny zdradzają uwielbienie przygód, które Norwegowie mają we krwi. Jak głoszą legendy, to właśnie wikingowie, pod dowództwem Leifa Erikssona, odkryli Amerykę na długo przed Kolumbem. Na pewno za to swoimi słynnymi, rzeźbionymi łodziami ozdobionymi wizerunkami smoków grabili całą Europę, od Wielkiej Brytanii po Konstantynopol. Łodzie norweskich wikingów wystawiono w muzeum, do którego można się dostać… oczywiście przez morze. Co prawda przeprawa przez półwysep Bygdøy nie trwa dłużej niż 30 min, ale zawsze można poczuć wiatr we włosach, ten sam, który mierzwił czupryny wielkich odkrywców.

A w historii Norwegii ich nie brakuje – w kolejnym muzeum na półwyspie, Kon-Tiki, można prześledzić trasę „misji niemożliwej” młodego naukowca Thora Heyerdahla, który postanowił udowodnić teorię, według której Polinezyjczycy mieli pochodzić z … Ameryki Południowej. Teoria spotkała się z oporem środowiska naukowego, na co Norweg odpowiedział rejsem przez Pacyfik na pokładzie własnoręcznie skonstruowanej tratwy. Wyprawa rozpoczęła się 28 kwietnia 1947 r., a zakończyła po 101 dniach u wybrzeży Polinezji. Dziś oglądam fragmenty oryginalnej tratwy, na pokładzie której sześcioosobowa załoga dokonała tego wyczynu, który nadal wydaje mi się nieprawdopodobny.

Podobnie jak przygoda z innej części świata, do której spaceruję jedyne 15 min. W Muzeum Statku Polarnego „Fram”, gdy staję za sterami łodzi, budzi się we mnie marzenie z dzieciństwa – o przygodach na końcu świata. Trudno nie mieć takich myśli na pokładzie jednostki, którą Roald Amundsen jako pierwszy w historii dotarł do bieguna południowego. Muszę schłodzić rozgrzane ekspedycjami emocje, najlepiej zwyczajem miejscowych: kąpielą w morzu.     

Kiedy z tysiącem wrażeń wracam w kierunku modnej dzielnicy Grünerløkka, mijając za sobą wszystkie najważniejsze atrakcje miasta – od zamku królewskiego, przez pasaż handlowy Karl Johans gate, po katedrę – zaczynam myśleć o następnych przygodach. Doskonale rozumiem żonę słynnego norweskiego pisarza Henryka Ibsena, która codziennie rano przykuwała męża do biurka na całe dwie i pół godziny, by napisał akapit tekstu, zanim pozwoliła mu ruszyć w miasto. Być może tylko dzięki niej powstały takie arcydzieła dramatu jak Dzika kaczka czy Nora. Wiedziała, co robi – bo mało co wciąga tak jak przechadzka po Oslo.