Article

National Geographic Traveler / Junnan – Sekretne przejście między górami

Wyprawa do Junnanu jest jak podróż w czasie. W prowincji, w której jest najwięcej mniejszości etnicznych w Chinach, do dziś żyje się w zgodzie z tradycją.

Dong Chunlian ma na twarzy motyla. Policzki są skrzydłami, nos – tułowiem, a czoło – czułkami. Skrzydła bolały najbardziej: jak każdej dziewczynce plemienia Dulong ten wzór ko-jarzy się jej z ukłuciami bambusowego ostrza, którym wprowadzane jest indygo, barwnik używany przy tradycyjnym tatuażu twarzy symbolizującym wejście dziewczynki w dorosłość. Wśród ludu Dulong panuje przekonanie, że dusze zmarłych zamieniają się w motyle, więc tatuowanie twarzy jest sposobem połączenia żyjących z przodkami. Dziś Dong Chunlian, która urodziła się w 1953 r., jest ostatnią w swoim plemieniu, która ma tę więź wypisaną na twarzy. Wśród najmniej licznej mniejszości etnicznej w prowincji Junnan zwyczaj zaczął umierać w momencie, gdy odizolowana dolina w cieniu góry Gaoligong stała się dostępna dla przybyszów.

I chociaż wiele spośród setek zwyczajów powoli odchodzi w zapomnienie, podróż po prowincji Junnan nadal jest podróżą między światami aż dwudziestu pięciu mniejszości etnicznych zamieszkujących ten region: Yi można poznać po kolorowych turbanach, podgrupy mniejszości Miao zapuszczają włosy przez niemal całe życie, a Dai od małego uczą się tańca pawia – na cześć zwierzęcia, które w tej kulturze jest symbolem pomyślności i piękna. Granicząc z jednej strony z Tybetem, z drugiej z Birmą i Laosem, Junnan był bramą do Azji Południowo-Wschodniej. Wzdłuż szlaków handlowych wiodących przez surowe wysokogórskie krajobrazy przecięte wąwozami trzech wielkich rzek, Jangcy, Mekongu i Saluinu, od wieków krzyżowały się wpływy sąsiednich kultur, prawdopodobnie przy filiżance słynnej herbaty.

Z drugiej strony lokalizacja u podnóża lodowców i najwyższych gór na świecie, Himalajów, sprawiła, że niektóre miejsca pozostały niedostępne aż do… lat 80. XX w. – Byłam w Chinach wiele razy, ale właśnie w Junnanie odnalazłam fascynującą mozaikę kultur i autentycznych obrzędów, które chciałam udokumentować, zanim przeminą – opowiada Elżbieta Dzikowska, sinolog, historyk sztuki, podróżniczka, autorka książek, audycji radiowych i blisko 200 filmów dokumentalnych. Od pierwszej wizyty w Junnanie przed czterema laty odwiedziłam kilkanaście mniejszości tego regionu: między innymi Bao, Dong, Miao i oczywiście Mosuo, jeden z ostatnich matriarchatów na świecie.

KAPELUSZ NA HAKU
Ashima ma 12 lat i właśnie po raz pierwszy oficjalnie założyła spódnicę. To prawdopodobnie najważniejza chwila w życiu dziewczynki mniejszości Mosuo – oznacza przyjęcie nowicjuszki do grona dorosłych kobiet. A tutaj to kobiety mają władzę. Aż do 1982 r. ten liczący zaledwie ok. 40 tys. osób lud żył w izolacji, a w wioskach położonych na wysokości ponad 2500 m n.p.m. najgłośniejszym dźwiękiem był stukot buddyjskich młynków modlitewnych. Prawdopodobnie z powodu odosobnienia udało się tam zachować pradawne obyczaje. Stare jak świat – przynajmniej tak twierdzą sami zainteresowani, powołując się na mity. Opowieści opisują praczasy, kiedy malownicze jezioro Lagu było boginią Matką, a święta góra Gemu – boginią miłości. Właśnie ją miał odwiedzić „Bóg Wschodniej Góry, który zostawał na noc i znikał następnego ranka”.

Nic się nie zmieniło: taki sposób randkowania obowiązuje do dziś i również współcześnie to kobieta wybiera mężczyznę, z którym spędzi noc (lub tyle nocy, ile będzie miała ochotę). – Mosuo praktykują zuo hun, czyli „małżeństwa przechodnie” lub „chodzone” – wyjaśnia Elżbieta Dzikowska. – Tradycja nakazuje, żeby to kobieta zaprosiła mężczyznę do swojego pokoju. Czasami zostaje tylko na jedną noc, czasami na kilka, a zdarza się – że na całe życie. A kiedy dziewczyna nie ma ochoty na towarzystwo, po prostu wywiesza na zewnątrz kapelusz adoratora, komunikując: „idź sobie, mam cię dosyć”.

Tutaj kobiety decydują jednak nie tylko o rozstaniu w dogodnym dla siebie momencie, ale też zarządzają majątkiem, są posiadaczkami nieruchomości (co najmniej własnego pokoju), sprawują wyłączną opiekę nad dziećmi i mają realną władzę w wiosce jako członkinie rady starszych (kobiet oczywiście). A mężczyzna? – Ojciec dziecka pozostaje wujkiem, chociaż często nie wiadomo, który z nich jest biologicznym ojcem, więc wujków jest wielu. Mężczyzna jest dodatkiem do kobiety, co odróżnia Mosuo od całych Chin, gdzie Konfucjusz nakazywał słuchać mężczyzn i szanować autorytet starszego. Jednak nie oznacza to, że kobiety zrobiły sobie raj – zaznacza Elżbieta Dzikowska.

Władza bowiem nie jest równoznaczna z równouprawnieniem. Męskie towarzystwo, czyli axias, po odhaczeniu podstawowych obowiązków, do których należą łowienie ryb i zarzynanie zwierząt, najchętniej oddaje się… nicnierobieniu. – Mężczyźni są leniuszkami, a ich głównym zajęciem jest przesiadywanie nad wodą, picie sulimy – lokalnej gorzałki – i granie w karty. A kiedy oni odpoczywają, kobiety ciężko pracują – dodaje Elżbieta Dzikowska. Mimo to wydaje się, że obie strony są zadowolone z tego stanu rzeczy. Nie bez powodu największym straszakiem na dzieci jest powiedzenie: „jak będziesz niegrzeczny, urządzimy ci ślub”. (…)